Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: książka

niedziela, 23 kwietnia 2017

Wiem, że na świecie codziennie obchodzone są jakieś niezmiernie interesujące święta, ale żeby dziś był Międzynarodowy Dzień Szakala to nie (za to dziś jest Dzień Konia, gdybyście szukali okazji do świętowania). Wczoraj za to, gdym na PIT-em pochylon siedział i wieczór już dawno się zrobił głęboki (cichy ani ciepły niestety nie), doszedłem w pewnej chwili do wniosku, że starczy tego dobrego (?) na jeden dzień (zwłaszcza że jakieś 80% miałem zrobione) i może warto by relaksu zażyć.

Sięgnąłem do programu telewizyjnego i popadłem w rozterkę. Oto bowiem na jednym programie nadawano klasyczną ekranizację Dnia Szakala z Edwardem Foxem, a w tym samym czasie inna stacja pokazywała remake tegoż z Brucem Willisem. Jako że tego drugiego dzieła nigdy nie widziałem w całości, dylemat był poważny. Dałem "nowemu" szansę, z uśmiechem odnotowałem dość wierne powtórzenie paru wątków (wierne nie oznacza z pominięciem nowych realiów), nawet bawiło. Później jednak (nie bez pomocy przerwy reklamowej) przeskoczyłem do klasyka i tam już zostałem. Może tak podziałały zdjęcia przynoszące klimat Europy lat 60/70, zwłaszcza z wszystkimi paryskimi widoczkami, może znacznie większa (bo nie pełna) wierność powieści... A może ta zaskakująca bezgłośność, ograniczanie dźwięków i dialogów do minimum, operowanie niemal wyłącznie obrazem, ruchem, barwą. (Poza tym podejrzałem opis na wikipedii i stwierdziłem, że zmodyfikowana fabuła mnie znacznie mniej kręci, a Willis w przebierankach nie jest lepszy od Malkovicha w Na linii ognia). 

Nasunęła mi się przy tym refleksja inspirowana luźno rzuconą w jakiejś dyskusji myślą o książkach, filmach i wyobraźni. Patrzyłem na Szakala, Colette czy Jacqueline* i myślałem "zupełnie inaczej bym sobie ich wyobrażał" (nie jest to zarzut nietrafnej obsady czy słabego występu), nawet jeśli byli tylko nieokreślonymi bytami snującymi się w myślach. Co innego Lonsdale, którego Lebel jest wręcz archetypiczny (choć powieściowy był zdaje się skromniejszej postury).

*jej w ogóle jakieś inne imię dali

czwartek, 23 lutego 2017

Są takie dni, kiedy wszystko dzieje się dziwnie i na opak. Na przykład zdarzyło mi się kiedyś, że wyszedłem rano z domu, wsiadłem do samochodu i po przejechaniu kilkunastu kilometrów zorientowałem się, że włożyłem buty z dwóch różnych par (jeżeli ktoś się spodziewał, że zapomniałem telefonu, dokumentów, kluczy do biura czy teczki, to różne rzeczy się zdarzały). Na szczęście miałem supermarket po drodze, mieli też jakiś sklep z butami, nawet chyba jakieś nietragiczne znalazłem (a zwykle większość butów mi się nie podoba).

Wczoraj miałem taki dzień, że wyjście z domu opóźniało mi się przez kolejne "bardzo bardzo bardzo pilne" rzeczy. Kiedy w końcu szczęśliwie wyjechałem, po kilkunastu kilometrach zorientowałem się... że zapomniałem się ogolić, a od kilku dni pracowicie na brodzie coś tam sobie rosło. Wobec zaś umówionego Ważnego Spotkania... Pomyślałem sobie, że - szczęśliwy traf - ten sam supermarket mam po drodze, a że maszynek i pianki do golenia nigdy za dużo... ponadto uświadomiłem sobie, że w biurowej łazience z jakiegoś powodu nie ma lustra, za to w centrum handlowym - zapewne jest, więc załatwię za jednym zamachem. Zjechałem więc na parking, podreptałem na halę, zacząłem szukać. Znalazłem... kartkę, że stoisko "Świat Mężczyzny" jest w remoncie (nie tylko ono), jacyś panowie robotnicy wymieniali stoiska, jakaś ekspedientka obojętnie zakomunikowała, że przybory do golenia zwyczajnie nie są na stanie (alternatywnej drogerii w markecie nie zauważyłem).

Pozostało mi polowanie na drogerię w okolicy biura (niby centrum miasta) - a potem zaufanie własnemu wyczuciu w łazience. Zaciąć się nie zaciąłem, kontrola wykonana aparatem w komórce wykazała brak jakichś poważniej nieogolonych miejsc... ale na przyszłość będzie trzeba jednak lepiej nad tym panować.

O tym co się przydarzyło bohaterowi opowiadania Forsytha pod tym tytułem, to ja nawet nie.

19:19, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
sobota, 18 lutego 2017

Zacząłem czytać sobie książczynę, której akcja rozgrywa się w XIX-wiecznej Pradze. O książce niewiele napiszę, bo dotarłem ledwie do strony 80 (nawet w wannie się wolno ją czyta), za to na takiej stronie 37 postawiło mnie w poprzek i kazało się czepiać redaktora. Natrafiłem bowiem na zdanie ze słowami "mistyczny kaznodzieja Jan Milicz z Kromierzyża".

Kaznodzieja jak kaznodzieja, pamiętałem z wykładu historii państwa i prawa* (serdecznie pozdrowienia dla Profesora Józefa Ciągwy, moja jedyna pała w indeksie!) że jest sobie miasto zwane Kromieryżem na Morawach (podczas Wiosny Ludów obradował tam parlament austriacki..). Taką też formę kategorycznie preferuje Google, na formę "Kromierzyż" reagując pytaniem "czy chodziło Ci o Kromieryż". To niewątpliwie wynik tradycji historycznej, wszak Kromieryż i Galicja leżały w obrębie tego samego CK Cesarstwa... Z drugiej zaś strony, po czesku pisze się Kroměříž, a z kontaktów z jedną Katką (pozdrowiłbym, ale nie przyjęła zaproszenia na fejsie) ze Zlina (wtedy: Gottvaldov) zapamiętałem, że to charakterystyczne r z daszkiem czyta się jako "r-ż", mniej więcej. Sprawdziłem więc co na to internety...

Ciocia Wikipedia formę "Kromierzyż" dopuściła. Dodatkowo podsunęła link do Poradni Językowej PWN, podług którego (choć to nie profesor Bańko się wypowiadał) to forma "Kromierzyż" jest jedynie poprawna.

To ja już zatem redaktora zostawię w spokoju, i zastanowię się kiedy się w okolice Kromieryża wybiorę na wakacje, gdyż Morawy to okolica zacna.

*nie dziwota że dostałem pałę, skoro nie pamiętam nawet że to była historia ustroju Polski na tle powszechnym, a historia prawa była u kogo innego

sobota, 31 grudnia 2016

Mignęła mi niedawno informacja, na twitterze może, że niektórzy dziennikarze Telewizji Polskiej podobno nie zgadzają się wewnętrznie z tym, co mówią na antenie (jest faktem, że ostatnio ogłoszono parę dobrowolnych odejść z TVP). Kto chce, niech ciska gromy na ich dwulicowość czy hipokryzję, mnie natomiast nasunęła się myśl następująca.

Każdy, kto zagłębia się w jakieś środowisko, zaczyna - mniej lub bardziej świadomie - dostosowywać się do używanego tam narzecza. O żargonie wojskowym czy korpospiku powiedziano już tyle - zwłaszcza na wesoło - że nic nowego sam nie wymyślę, a jednak nieustająco kolejne pokolenia w wojsku czy korporacjach nasiąkają tamtejszym słownictwem i/lub składnią. Na swoim poletku widzę to samo, jak odruchowo prawnicy używają pojęć wziętych zaczerpniętych prosto z tomisk - a potem kolega Jaras pracowicie próbuje odczarować język i napisać proste pouczenie zrozumiałe dla prostego człowieka (które zarazem spełniałoby wymogi postawione przez Mądrego Ustawodawcę). A potem wszyscy wracamy do domów i mówimy normalnie (mam nadzieję)...

Osobną kwestią jest dostosowanie języka do wymogów politycznych. W każdym ustroju totalitarnym język w mediach był zestandaryzowany, używany bez względu na to co faktycznie myśleli jego użytkownicy. Przypominają się seanse nienawiści Orwella, podczas których Julia tak gorliwie okazywała nienawiść...

Wszystkim czytelnikom życzę, żeby w roku 2017 mogli używać języka zgodnie z tym, co myślą. I wszystkiego dobrego też.

17:45, bartoszcze , Język
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 grudnia 2016

Junior bierze udział w różnego rodzaju konkursach, między innymi czytelniczych. Ojciec, wstyd może przyznać, nie śledzi tych konkursów zbyt uważnie, czasem tylko dostaje polecenie "ściągnij skądś taką a taką książkę", jeżeli okoliczne biblioteki zawodzą.

W ostatnich dniach zaś do Ojca dociera taki dialog:
- Matka, a gdzie w tym Tomku jest o wysokości wulkanów w Meksyku?
- A to w tym było, bo zupełnie sobie nie przypominam?
(tak, Matka zna Tomki dość dobrze)
A że Ojciec siedzi nieopodal, to się włącza:
- Na 100% było i na 99% w tym kangurzym
(choć, Ojciec przyznaje, nie był pewien okoliczności).
- Ojciec, a znajdziesz to w książce?

No to Ojciec się wziął do szukania. Kartkuje, kartkuje, wzrokiem po znajomych stronach przebiega, brwi marszczy. Bo faktycznie nie ma, a być powinno... Sięga Ojciec do Wujka Gugla, i rzecze: no przecież rację miałem, jest o Orizabie i Popocatepetlu zwanym Popo! Bierze raz jeszcze książkę do ręki...

Wydanie pierwsze, rok pański 1957. Najwyraźniej w kolejnych wydaniach Szklarski rozwinął detale (dlatego Ojciec pamiętał tę scenę z późniejszego wydania, a Matka - nie).

sobota, 19 listopada 2016

Recenzowanie książek Lee Childa wiąże się z jednym zasadniczym problemem: trudno je od siebie odróżnić. Wszystkie oparte są na tym samym schemacie - wolny duch w sposób zupełnie (dla siebie) nieoczekiwany zostaje wplątany w jakąś aferę. Afera zwykle wiąże się z ludźmi o Dużych Możliwościach - czasem indywidualnych, czasem finansowych, czasem organizacyjnych, cokolwiek - przez co wszyscy w okolicy się ich Boją Straszliwie (lub są w spisku z nimi). Ponieważ jednak wolny duch (eks-żandarm wojskowy Jack Reacher) jest geniuszem śledczym, fizycznym (zawsze uwielbiam gdy analizuje w ułamku sekundy, ile czasu zajmie kuli droga z miejsca X do miejsca Y i jakiego dozna odchylenia z dokładnością do stopnia) i militarnym, ze szczególnym uwzględnieniem samoobrony - likwiduje aferę w sposób jak najbardziej dosłowny (nie jestem pewien, czy którykolwiek aferzysta pozostał przy życiu dla organów wymiaru sprawiedliwości). W efekcie w pięć minut po zakończeniu czytania aferzyści zaczynają nam się sklejać ze sobą, nie mówiąc o aferach i innych bohaterach pomocniczych. Najzabawniejsze w tych wszystkich książkach jest... że w ekranizacji którejś z nich Reachera zagrał Tom Cruise z jego konusowatym metr siedemdziesiąt, podczas gdy Reacher - co jest powtarzane w każdorazowo przytaczanym życiorysie - ma 1,95 cm i inne gabaryty zbliżone.

Ale może przejdźmy do konkretu. Skończyłem więc niedawno czytać jednego takiego Lee Reachera - tytułu, niestety, nie pomnę, musiałbym zerknąć do notatek - oczywiście idealnie pasującego do schematu; w tym miejscu chciałbym ostrzec przyszłych czytelników, że nastąpią ISTOTNE SPOILERY, więc jeśli robi im różnicę, czy się dowiedzą przed przeczytaniem całości, to dalej czytają na własną odpowiedzialność. W tej konkretnej książce mieliśmy więc niezmiernie sprawnych zabójców, którzy nie wahali się zastraszać, okaleczać, porywać i mordować tylko po to, żeby realizować swój plan zemsty. Zemsty, dodajmy, nie za jakąś zawinioną lub niezawinioną śmierć; zemsty za upokorzenie doznane przed laty, i nie ze strony osoby będącej celem wendetty, tylko jej ojca - przy czym wina celu polegała na tym, że była tego upokorzenia milczącym świadkiem, a "żaden mężczyzna nie może sobie pozwolić..."

W tym przypadku nasz eks-żandarm w oparciu o interpunkcję oraz sposób noszenia płaszcza dochodzi do - oczywiście słusznego i jako właściwie jedyny - wniosku, że sprawcami są wiejscy policjanci. A ja po zakończeniu lektury popadłem w dość dziwne uczucie. Wiedziałem oczywiście, że to tylko postacie z książki, ale założyłem ich rzeczywiste istnienie. Rozważałem w duchu, co ci sprawcy - o takim poziomie bezwzględności i pogardy dla innych - robili na co dzień, w swoich rodzinach, w swoich środowiskach, w swojej pracy. Absolutnie niewiarygodne było dla mnie, aby te same cechy ujawniały się tylko w tym jednym przypadku. Takich złoczyńców można się bać najbardziej.

Ale czytało się szybko i dobrze, jak zwykle  Jacka Childa.

10:00, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (6) »
czwartek, 13 października 2016

Fragment z jednej z moich ukochanych książek:

"Niektóre z jej dziewcząt są już prawie nieaktywne ze względu na wiek i chorobę, ale Dora nigdy ich nie usuwa, mimo że, jak powiada, niektóre z nich nie mają nawet trzech klientów na miesiąc, ale muszą jeść trzy razy dziennie"
/w przekładzie Adama Kaski/

Jakoś mi się przypomniał kiedy czytałem wyimki z tekstu Wyborczej o tropieniu pedofilii w polskim Kościele Katolickim, a w szczególności postawione w nim pytanie (przeredagowane lekko, ale z wiernym zachowaniem sensu):

"Dlaczego kuria nie przeciwdziała temu, że ksiądz K. molestuje chłopców spotkanych na ulicy, gdy mieszka w domu dla księży emerytów w W.?"

No i teraz się zastanawiam jak. Pulitzera dla polskiego Spotlight za to nie będzie. Analogii do Steinbecka też nie ma.

poniedziałek, 01 sierpnia 2016

Cenzura to zuo. Przez cenzurę pozbawiani jesteśmy różnych rzeczy - czasem pięknych, czasem prawdziwych, czasem po prostu zwykłych. Żyliśmy pół wieku pod okiem cenzorów (że policzę tylko okres Peerelu i okupacji), pamiętamy (przynajmniej niektórzy) gazety z zaznaczonymi - o tak: [---ustawa z dnia .. kontroli publikacji i widowisk etc] - ingerencjami, książki które nie mogły się ukazać, jak również książki które ukazywały się... ze zmianami (przypominajka, żebym wreszcie dopadł Psy Wojny Forsytha przełożone z oryginalnej wersji, a nie mocno przeredagowane na potrzeby wydania polskiego). 

Cenzura ujawnia się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Byłem niedawno w księgarni, wziąłem z uśmiechem do ręki nowe wydanie Teatrzyku Zielona Gęś, przekartkowałem wstęp Miłosza. Wzrok mi zastygł, uśmiech stężał, włosy się zjeżyły - jak to możliwe, żebym nie znał jednego z przytoczonych w tym wstępie in extenso zielonogęsiowych numerów? No tak, dla cenzury było to za dużo... Wyjąłem telefon, szybko sfotografowałem strony.

Cenzurze może się to znów nie podobać, więc zachowuję sobie a muzom.

---

Teatrzyk Zielona Gęś
ma zaszczyt przedstawić
polski dramat polityczno-eschatologiczny pt.

"Naród i ustrój

Występują:
NARÓD
USTRÓJ
GŻEGŻÓŁKA

NARÓD
Ustroju, gdzie jesteś?

USTRÓJ
..............................................................................................

NARÓD
(głośniej)
Ustroju, gdzie jesteś?!

USTRÓJ
..............................................................................................

NARÓD
(fortissimo)
Ustroju, gdzie jesteś?!!!

USTRÓJ
..............................................................................................

NARÓD
Ustrój nie odpowiada narodowi.

GŻEGŻÓŁKA
(przerażony do ostateczności spuszcza kurtynę

(c) Konstanty Ildefons, rok pański bodaj czterdziesty szósty, żeby nie było że naruszam

sobota, 27 lutego 2016

Dziś będzie rokendrolowo. Kawałków z wykopem jest około mnóstwo, ale nietrudno zauważyć, że dominują w nich mężczyźni, dlatego dziś (choć Dzień Kobiet za tydzień z okładem) zrobimy sobie kącik w którym to ładniejsza z punktu widzenia heteryka płeć będzie dawać czadu.

Zaczniemy od Joan Jett. Spośród wielu kawałków, w których daje czadu, wybieram ten, w którym tak znakomicie prowadzony jest rytm (już niejeden raz zdradzałem się z małą fiksacją na tym punkcie, może powinienem dodać sobie tag"rytm"?) No i tytuł bardzo adekwatny do rokendrolowej notki - I love rock'n'roll.

Janis Joplin nikomu przedstawiać nie trzeba, I presume, zostaje tylko kwestia wyboru utworu. Każdy ma swoje preferencje, ja bardzo lubię czad, który daje w Piece of my heart w towarzystwie Big Brother and the Holding Company (choć kogo obchodzi zespół przy takiej frontwoman, przy Joan Jett też nie dodawałem że gra z Blackhearts). I pomyśleć że to była kiedyś słodka pioseneczka śpiewana przez siostrę Arethy (poszukajcie sobie, Erma jej na imię)...

Można pomyśleć, że preferuję wyłącznie stare... kawałki, co oczywistą nieprawdą jest (muzyka nie ma wieku). Dzisiejszy kącik uzupełni więc kawałek z czasów rozwoju internetu, choć muzyki się wtedy przez sieć nie słuchało (od tego było radio i MTV). Proszę mi się tu nie czepiać, że Meredith Brooks używa słów mocnych, na pewno nie będę cenzurował tytułu: Bitch

I tylko się zastanawiam, na ile do napisania tej notki sprowokowało mnie odświeżenie Modlitwy za Owena Irvinga, i przypomnienie postaci Hester the Molester. 

 

sobota, 02 stycznia 2016

Nie, nie wymyślam nowej matematyki. Przyszedł po prostu czas podsumować okołonoworoczne wyzwanie "przeczytam 52 książki w 2015 roku". Szkopulik w tym, że zasady ustaliłem samodzielnie - liczyły się wyłącznie książki przeczytane po raz pierwszy, skończone w 2015 roku bez względu na to kiedy zacząłem czytać (bo miałem parę zaczętych i nie chciało mi się ich pomijać, czytać od początku ani odkładać ad calendas Graecas, a potem w ramach motywacji doczytałem sporo książek kiedyś zaczętych i odłożonych...). W efekcie sam nie wiedziałem, czy te 52 książki to będą "uczciwie" policzone (z drugiej strony nie liczyłem szczegółowo tych powtórzonych, bez kozery powiem że było ich co najmniej pińć).

Wcześniej już cztery razy podawałem jak mi idzie, ale żeby rzecz całą zamknąć elegancko, to poniżej pełna lista 78 książek skończonych.

1. Lisa See, Sieć rozkwitającego kwiatu
2. Leonie Swann, Triumf owiec
3. Jakub Żulczyk, Zrób mi jakąś krzywdę /e/
4. Terry Pratchett, W północ się odzieję /p/
5. Mario Vargas Llosa, Dyskretny bohater
6. Terry Pratchett, Kapelusz pełen nieba /p/
7. Radek Teklak, Piórkiem i mięsem /e/
8. Sławomir Koper, Życie towarzyskie elit PRL
9. Karolina Pochwatka, Post /e/
10. Terry Pratchett, Ostatni bohater /p/
11. Alicia Gimenez-Bartlett, Wysłańcy ciemności
12. Stephen Clarke, Paryż na widelcu. Sekretne życie miasta
13. Michał Brzostowicz, Maciej Przybył, Jacek Wrzesiński /red./, Targi, jarmarki i odpusty  /p/
14. Terry Pratchett, Zadziwiający Maurycy i jego uczone szczury /p/
15. Ernest Hemingway, 49 opowiadań
16. Michael Connelly, Piąty świadek
17. Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Bohater z cienia. Losy Kazika Ratajzera
18. Kurt Diemberger, Góry i partnerzy
19. Paweł Ziętek, Nie karmić zwierząt /e/
20. Donna Leon, Mętne szkło
21. Alicia Gimenez-Bartlett, Puste gniazdo
22. Dorota Masłowska, Paw królowej /e/
23. Janusz Zajdel, Lalande 21185 /e/
24. Adam Pluszka, Mysz na młynku /e/
25. Jean-Noel Fenwick, Maria i Piotr Curie. Rad i... wielka miłość
26. Ziemowit Szczerek, Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli Historie z Europy B /e/
27. Janusz Zajdel, Prawo do powrotu /e/
28. Kristina Ohlsson, Niechciane
29. Janosch, Szczęśliwy kto poznał Hrdlaka
30. Terry Pratchett, Potworny regiment /p/
31. Fannie Flagg, Babska stacja
32. Marcin Przybyłek, CEO Slayer. Pierwszy raz /e/
33. Orhan Pamuk, Nazywam się Czerwień
34. Angela Bajorek, Heretyk z familoka. Biografia Janoscha
35. Marjorie Price, Dar z Bretanii
36. Alex Bellos, Futebol. Brazylijski styl życia /e/
37. Kazimierz Brakoniecki, W Bretanii
38. Polina Daszkowa, Rosyjska orchidea
39. Lee Child, Poszukiwany
40. Oksana Robski, Szczęście nadejdzie jutro
41. Wawrzyniec Podrzucki, Uśpione archiwum /e/
42. Wawrzyniec Podrzucki, Kosmiczne ziarna /e/
43. Wawrzyniec Podrzucki, Mosty wszechzieleni /e/
44. Joanna Dziwak, Gry losowe /e/
45. Adam Wiśniewski-Snerg, Robot /e/
46. Terry Pratchett, Łups! /p/
47. Daniel Kot, Kierunkowy 22 /e/
48. Adam Wiśniewski-Snerg, Nagi cel /e/
49. Jerzy Żuławski, Na srebrnym globie /e/
50. Anne Tyler, Święty Być Może 
51. Szczepan Twardoch, Drach
52. Alice Munro, Widok z Castle Rock
53. John Burdett, Detektyw z Bangkoku
54. Michael Connelly, Oskarżyciel
55. Jeronimo Tristante, Tajemnica domu Arandów
56. Ostatnia karczma. Zbiór opowiadań /p/
57. Jeffrey Archer, Pierwszy cud
58. Michał Bułhakow, Biała gwardia
59. Jeronimo Tristante, Zagadka ulicy Calabria
60. Mariusz Czubaj, 21:37
61. Laurence J. Peter, Raymond Hull, Zasada Petera /p/
62. Jean-Christophe Grange, Las Cieni
63. Graham Greene, Pożycz nam męża, Poopy
64. Tragedia Górnośląska 1945. konferencja /p/
65. Ziemowit Szczerek, Siódemka /e/
66. David Lagercrantz, Grzech pierworodny w Wilmslow
67. Donna Leon, Dzika zachłanność
68. Anna McPartlin, Ostatnie dni Królika
69. Radek Teklak, Miecz żenady /e/
70. James Patterson, Cross
71. Emelie Schepp, Naznaczeni na zawsze
72. Michał Protasiuk, Struktura /e/
73. Barbara Gruszka-Zych, Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara
74. Sławomir Shuty, Zwał /e/
75. Haruki Murakami, Mężczyźni bez kobiet
76. Przemysław Słowiński, Kamienne biografie
77. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz
78. Alfred Szklarski, Adam Zelga, Tomek w grobowcach faraonów

Wyjaśniająco: książką jest wszystko co ma numer ISBN. Symbol /e/ oznacza ebooka, /p/ - czytanie z PDFa, brak symbolu - staromodną książkę papierową. Książki pochodzą z zakupów, prezentów, wygranych w konkursach, okazji do ściągnięcia, z czeluści półki (gdzie leżą od Bóg wie kiedy), z bibliotek tudzież od znajomych.

Myślę - patrząc na listę - że tych książek zaczętych przed Nowym Rokiem było z tuzin, czyli dałem radę. W tym roku czytam już bez liczenia i na pewno bez wyzwań, w sumie z ciekawości podjąłem.

Tagi: książka
12:00, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7