Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: przyczepiło się niech leci

środa, 18 czerwca 2014

To na pewno nie jest najbardziej znany utwór Lao Che. Nawet nie wiem jak bardzo to znany utwór Lao Che (choć był dość wysoko na LP3) ani jak bardzo ceniony w kręgach fanów i recenzentów. Mnie się jednak tak mocno kojarzy z tym zespołem, jak chyba żaden inny. 

A przecież jak wziąć i dobrze ścisnąć, to w tym utworze w zasadzie nic nie ma, ot jak w tytule. Trochę gitar, perkusja i wyimki ze starych polskich filmów. Ale jak to jest poskładane, coś z niczego, wszystko na swoim miejscu, i przecież nie chodzi o ten tanio wyglądający chwyt z prostymi robociarskimi słowami. 

Po prostu stary tygrys to lubi bardzo. I tylko tytuł dziwny - Hiszpan.

piątek, 28 marca 2014

Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem (i losowy przegląd na YT właściwie skłania mnie do myśli, że nic w tym dziwnego, na trzy próbnie odsłuchane utwory żaden nie przypadł mi do gustu). Ten kawałek sprawia jednak, że ciary idą po plecach od pierwszej do ostatniej chwili, i właściwie nie wiem dlaczego.

Bo gitarki tną fajnie, ale ileż jest kapel gitarowych. Bo mają oryginalny (dosyć) koncept z akordeonem w składzie, ale przecież wcale go tam wiele nie ma (nie przez cały czas) i wcale nie jestem jakimś szczególnym fanem Mozila. Bo zaciągają w wolnych partiach jak Oasis, ale sam kontrast to za mało. Bo mają jakąś seksowną blondynkę w teledysku, ale przecież za pierwszym razem trafiłem na nich w radio...

No dobra: to kolejni, którzy mnie kupili perfekcyjnie rozplanowanym rytmem. A że piątek wieczór jest, to chodźcie teraz ze mną i Kongosami

wtorek, 28 stycznia 2014

Jeszcze niedawno było całkiem ciepło, teraz zrobiło się solidne minus parę, spadło parę płatków śniegu i chmury chodzą po świecie. Jakoś tak jest zimno i nieprzyjaźnie, śnieg niby rozjaśnia świat, ale słońca jakoś mało. 

Od paru dni czepia się mnie ten kawałek straszliwie. Pewnie z powodu melancholizującej pogody, a może życie doskwiera? Bo wszak w leitmotivie mamy, że słońca brak, ale zarazem, że z przyczyn zupełnie niezwiązanych ze zjawiskami klimatycznymi. 

Ain't No Sunshine When She's Gone Billa Withersa. W nieśmiertelnej wersji z Notting Hill, teledysk filozoficzno-krajoznawczy.

piątek, 17 stycznia 2014

Piątek. Hard Week's Friday. Pora na coś luźniejszego.

Symbolem poddawania się jest biała flaga. Taka jak w tytule piosenki Dido. Choć z tekstu wynika, że ona akurat nie wywiesi białej flagi. Ale za to tak melodyjnie dźwięczy, w sam raz na piątkowy wieczór.

Inny specjalista od białej flagi... nie jest równie mniamuśny, ale nie można usnąć za wcześnie. Gdy byłem młodszy, nie zbliżałem się do tego utworu na kilometr (może kiedyś napiszę o tym szerszą i bardziej ogólną notkę), trzeba było dorosnąć żeby zacząć doceniać. W każdym razie Ciechowski sam z siebie również białą flagą machać nie zamierza, za to co wyprawia z klawiszami... zatruwa głowę moją tą walącowklawiszesolówką. I znów...

Ale ponieważ jest piątek, a piątek jest od wyciszenia, to tym razem message od Kasi i Piotrusia będzie jasny, jednoznaczny, spokojny i przyjemny, bez machania flagami. Nie poddawajcie się (no chyba że chodzi o poddanie się czemuś przyjemnemu, jak rozleniwienie przy kieliszku wina). 

sobota, 19 października 2013

Mam wrażenie, że to pieśń straszliwie niedoceniana. Pochodzi wprawdzie z Najpiękniejszej Płyty Świata, lecz jest na niej schowana na samym końcu, że nie każdy do niej w pełni dotrze, bo odpłynie wcześniej w zachwycie. Sam też ją traktuję na swój sposób po macoszemu, słucham jej najczęściej jako afterki do Najpiękniejszej Piosenki Świata (na płycie umieszczone są właśnie w tej kolejności), służy mi jako ten swoisty papieros „po".

A przecież ta pieśń to samo piękno i dobro. Sprawia wrażenie, jakby została napisana specjalnie pod koncerty Unplugged zanim te stały się modne, gitara brzmi w niej tak, że słychać każde draśnięcie kostką o strunę. Fortepian* wybrzmiewa każdy dźwięk w sposób idealnie pasujący, siły dodają bezsłowne chóry (nawet jeśli to właściwie mruczando Millsa i Berry'ego), a całość wieńczy harmonijka. I tekst tak dobrany, że słowa brzmią jakby były nutami, posłuchajcie sami:

I have got to find the river,
Bergamot and vetiver
Run through my head and fall away...

Nic, tylko odnaleźć rzekę i płynąć nią aż do oceanu. Kapitan Michael Stipe na łajbie R.E.M, oczywiście. 

poniedziałek, 02 września 2013

Wrzucam od czasu do czasu na narzędzie szatana, zwane fejsbukiem, muzykę, która mi akurat zagrała czy podpasowała. Eklektyzm moich wyborów jest taki sam, jak tego co pojawia się na blogu czy tego, co można znaleźć w moim laptopie, albo ...nawet większy. 

Nie wiem czy da się znaleźć wspólny mianownik dla bretońskiego hip-hopu, coverów od zorientalizowanego punka do reggae'owego Presleya, czy syntezatorowych remiksów disco (a gdzie bossanova, klasyki lat 50, jazz, hardrock, folk...), oprócz "wszystko jest możliwe".

Dlatego solidnie mnie ostatnio zdziwiło dwoje znajomych, którzy zdziwili się że puściłem delikatnego rapowego klasyka. Że niby do mnie nie pasuje. Pfff. Ale i tak was lubię.

czwartek, 16 maja 2013

Są takie chwile, w których człowiek bezradnie rozkłada ręce i mówi: nie wiem. Tak jest właśnie z tym utworem: słucham go w kółko, wsłuchuję się w każdy dźwięk - i szukam odpowiedzi na pytanie, co właściwie w nim jest takiego, że nie mogę się od niego uwolnić?*

Bo wszystko w nim jest takie całkiem-całkiem, ale właściwie nieszczególne. Miło brzeczące, lecz całkiem zwyczajne gitary; kobiecy wokal wędrujący od subtelności do (momentami) chrapliwej drapieżności; trochę klawiszy, trochę syntezatora; niewyrafinowany, lecz dobitny rytm; struktura eskalująca przez dodawanie kolejnych instrumentów... 

Szukam klucza w rytmicznym operowaniu głosem, zastanawiam się, czy chodzi po prostu o wyjątkowo udany układ wszystkich elementów, jakby nam w kalejdoskopie Leonardo wyszedł, doszukuję się w nim własnych ukrytych pragnień. Poszukiwanie Nieuchwytnego jest zawsze trudne, dość powiedzieć, że sama odpowiedzialna popełniła ten utwór jako swój debiut i był to właściwie jej jedyny sukces w karierze. 

Tasmin Archer po prostu zmieściła w tej piosence cały kosmos

*uważny czytelnik zauważy, że już ta piosenka się raz przewinęła, co jest najlepszym dowodem obsesji... ee, wpływu jaki ta piosenka na mnie wywiera

niedziela, 28 kwietnia 2013

Świat nam się globalizuje, muzyka płynie zewsząd, aż czasem trudno zgadnąć kto skąd przybywa, zwłaszcza że większość wykonawców ogranicza się do tej samej lingua franca. Przyznam, że pewnym zaskoczeniem było dla mnie ostatnio, że kapela Royksopp nie jest - jak mi się wydawało, trochę od klimatu może - rodem z Islandii, tylko właśnie z drugiego brzegu Morza Norweskiego. Cóż w niczym to rzecz jasna nie przeszkadza, zagramy sztampowo, ale przyjemnie (to co że akurat do tego kawałka wypożyczyli wokalistkę ze Szwecji). 

O związkach z Norwegią kapeli De Press oczywiście wiecie świetnie (nie? no to już wiecie), w latach mojej młodości oczywiście wszyscy równie dobrze wiedzieli o tym, że z Norwegii pochodzi supergrupa A-ha. W tej notce przypomnę kawałek kojarzący się nie tyle nawet ze szczytami list przebojów ani z dyskotekowymi parkietami, ile z agentem 007.

Jak nietrudno zauważyć, nikogo z powyższych Breivik nie nazwałby norweskim patriotą, skoro za nic mieli ojczysty język (Andrzejowi Dzubkowi trudno byłoby mieć to za złe). Nie obchodzi mnie zupełnie, co Breivik pomyślałby o ostatniej (i najważniejszej) bohaterce dzisiejszej notki, natomiast niezmiernie mi się podoba, jak ona śpiewa po norwesku. A przynajmniej w tej piosence. Kari Bremnes sygner Mann På Rommet.

środa, 03 kwietnia 2013

Taki ze mnie odmieniec, że imię Django nie kojarzy mi się w pierwszej kolejności z Quentinem Tarantino, tylko ze starym poczciwym filmem z lat 60-tych (gdybym chciał zaszpanować, powiedziałbym że z pewnym gitarzystą jazzowym, ale nie będę przesadzał, słucham go po raz pierwszy w życiu pisząc te słowa, a o jego istnieniu wiem tyle, że chyba w przewodniku po Paryżu zauważyłem jego nazwisko z 15 lat temu). Django Unchained na razie bowiem nie widziałem, lecz myślę, że nie zrobiłby dużo większego wrażenia niż na nastolatku oglądana na wideo historia o facecie chodzącym z trumną, a w mrocznym finale na cmentarzu rozstrzeliwującym swoich wrogów z rewolweru mimo zmiażdżonych dłoni. 

Obrazy zapamiętałem, gorzej było z dźwiękami - i jestem dozgonnie wdzięczny Tarantino, że był uprzejmy mi je przypomnieć. W odróżnieniu od WO nie będę przy tym wybrzydzał na klasę śpiewającego piosenkę tytułową Rocky'ego Robertsa, bo on w tym utworze robi za paprotkę. Wystarczy bowiem posłuchać tego samego utworu w wersji czysto gitarowej, żeby zrozumieć, że należy się skupić wyłącznie na kompozytorze. 

Luis Bacalov, argentyński geniusz włoskiej muzyki. Django słucham niemal w kółko, w wersjach wszelkich. Nie poprzestaję oczywiście na tym jednym utworze (miłośnicy Tarantino radośnie przypomną też Grande Duel czy genialne Summertime Killer), całą notkę mógłbym zaspamować linkami do takich perełek jak Paranagua... A przecież jest jeszcze oscarowa muzyka do Listonosza

Oh, Django, oh, Quentin, dziękuję.

sobota, 30 marca 2013

Właściwie to po co najmniej dwudniowych przygotowaniach, prawie wszystko jest gotowe, coś tam jeszcze leniwie dochodzi w piekarniku (zagadka dla miłośników chaotycznej kuchni - co to może być takiego...), ale to już nic pilnego, na śniadanie nie będzie potrzebne (choć i tak będzie gotowe). Przypominam, żeby nic nie odkładać na rano, bo nam w nocy godzinę kradną i można rano nie zdążyć. 

Dokończywszy niezbędnych prac domowych, mogę się rozleniwić (zanim nadejdzie ten moment, w którym uświadomię sobie, że o czymś zapomniałem i będę musiał nerwowo gonić, żeby zdążyć). Czuję się już na tyle rozleniwiony, że pisać zasadniczo też mi się nie chce, i w związku z tym ograniczę się do zanotowania ku pamięci swojej i radości cudzej paru kawałków, które czepiają się mnie w ostatnich dniach niczym... eee, metafory mi się skończyły. W każdym razie najpierw będzie śpiąco, potem dynamicznie, a na koniec - ciepło, jak mi się zdaje, jeśli coś mi się pokręciło, to wybaczcie, pogodzie też się pokręciło. 

Nie gwarantuję, że jeszcze nie ponudzę w ten wydłużony weekend, ale jakby nie to już teraz wszystkim życzę Wesołych Świąt. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6