Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: przyczepiło się niech leci

niedziela, 10 marca 2013

Ten kawałek od prawie dwóch dekad znają wszyscy i słuchają go z lubością. Jest wszak śliczny, z prześlicznie brzęczącymi gitarami, wokalista śliczną chrypką je uzupełniającym, prześlicznie malując klimat zadymionego lokalu, no po prostu tylko nic słuchać z cielęcym wzrokiem (i wspominać Umę Thurman w Pulp Fiction). Aż w pewnej chwili spostrzegamy, że ta śliczność się z niego wylewa aż do obrzydzenia, jest aż różowa. 

Mamy tu bowiem do czynienia z przesłodzeniem (pewnie dlatego Tarantino wykorzystał właśnie tę wersję). Oryginalna wersja Neila Diamonda jest równie urocza, jednak wolna od tego przerysowania popełnionego przez Urge Overkill i przez to słucha się jej znacznie spokojniej, bez obaw o zatrucie organizmu. 

Oczywiście, każdemu wolno interpretować po swojemu (i każdemu wolno recenzować zmienne interpretacje). Ja jednak wolę ostatecznie inny kierunek interpretacji - posłuchajcie, co z tym utworem zrobił Cliff Richard, zwłaszcza na tym koncercie, naprawdę przerobił dziewczynę na kobietę.

sobota, 15 grudnia 2012

Czasami aż boję się włączyć ten utwór. Boję się, że chwyci i nie będzie chciał puścić, jak jakie licho (nie, nie powiem złe). 

Zagryzłem wargi i zmierzyłem się z nim systematycznie, żeby odnaleźć to trudno uchwytne Coś, co tak jak złapie to trzyma niczym zęby pasożyta. Nie jest to tekst, choć miejscami duszaszczypatielny (jeszcze na chwilę do niego wrócę). Nie chodzi też o charakterystyczne dla wykonawcy rozbudowanie, w innych utworach robią to jeszcze piękniej i sprytniej, ale to działa zupełnie inaczej. Nie chodzi tu chyba nawet o długą solówkę gitarową, bo wwierca się przez uszy do mózgu od samego początku, długo zanim pomyślimy o jej istnieniu.

Nie wiem, jak oni to zrobili, czy to kwestia doboru instrumentów, czy może magicznych sztuczek realizatora dźwięku, ale doprawdy nie pamiętam, żebym słyszał taką barwę i głębię klawiszy i gitar (wersje na żywo są oczywiście urocze, ale już to brzmienie nie jest aż tak magiczne). Za każdym razem, kiedy ich wysłucham, rodzi się w trzewiach pragnienie więcej i więcej, There is hunger still unsatisfied. Nie róbcie sobie wielkich nadziei, że tego unikniecie, Gilmour i spółka was dopadną.

środa, 12 grudnia 2012

W zimie energia, a zwłaszcza dobra energia, jest niezmiernie potrzebna. Bierzmy ją skąd się da, zawsze pomóc może dobra piosenka. Jest na przykład taka jedna, prosta w gruncie rzeczy - ale tak fantastycznie rozplanowana rytmicznie, że tylko chce się klaskać. Perkusja to tylko jeden z instrumentów rytmicznych, dzielnie sekundują jej gitara i fortepian, a do tego Amy McDonald wyśpiewuje tekst tak cudnie, jakby sama była odpowiedzialna za podawanie rytmu. To jest życie, proszę państwa.

Życie ma rzecz jasna niejedną stronę, więc i nie skończymy tu na jednej piosence. W tej może rytm aż takiego znaczenia nie odgrywa, zresztą mam wrażenie, że młodzież (jeśli tu wpada, przynajmniej płci żeńskiej) może nie wyczuć energii płynącej z ejtisowego syntezatora (ja stary człowiek jestem, sztuczna energia z syntezatora to dla mnie normalność), ale wciąż jakże fajnie gadają gadają o życiu

Żeby energii nie brakło, to uderzymy jeszcze i w inną nutę.Tym razem o życiu będzie z lekkim wykopem, na rockowo, ale za to z jaką uroczą historyjką, jak to w życiu trzeba sobie radzić z przeciwnościami, żeby osiągnąć cel w pięć minut. To też nasze życie?

A teraz, kiedy już wszyscy naładowani pozytywną energią, to przejdziemy do filozofii. Bo w końcu, wiecie, życie to jest życie, więc z tą myślą skoczcie sobie na parkiet, skandujcie i klaszczcie:)

czwartek, 22 listopada 2012

Czy jest lepsze określenie dla całej grupy wpisów opatrzonych tagiem "przyczepiło się niech leci"? No nie przychodzi mi do głowy. (Oczywiście ktoś może bez przesadnej złośliwości rozciągnąć to określenie może i dla większości wpisów na tym blogu, w końcu tag "bzdury" należy do najpopularniejszych, ale o sprawach poważnych lub/i na poważnie też mi się zdarza pisać). 

Tym razem przyczepiło się coś głupiego najzupełniej dosłownie. Robbie Williams i Nicole Kidman bawią się tą starą piosenką zespołowo - Robbie, mówiąc szczerze, śpiewa lepiej, ale stara się nie szaleć, z kolei Nicole daje się słyszeć, acz ostrożnie, nieprzesadnie, tak sobie ze sobą głosami tańczą. Zawsze lubię kiedy poszczególne warstwy się ładnie, harmonijnie przenikają, bo i aranżacja przyjemna. 

Takie to wszystko harmonijne, że zdecydowanie wolę to nad wersję najsłynniejszą. Można sobie na wiele sposobów tłumaczyć, dlaczego Nancy Sinatra śpiewając z ojcem robi właściwie za echo: skalą talentu, czasami nieprzychylnymi dla kobiet, grzecznością względem ojca.. Fakt jest taki, że Frank dominuje w tej piosence niepodzielnie. Może to jednak kiepski pomysł, żeby taki w końcu romansowy tekst śpiewać z córką, przynajmniej dla córki. 

Ale nie jest to z drugiej strony warunek bezwzględny, bo jednak w oryginalnej wersji, o rok starszej niż Sinatrów, śpiewali małżonkowie Carson Parks i Gaile Foote. Ich wersja jest mocno bezbarwna, to jednak kwestia talentu wokalnego, zatem podziękujmy im tylko serdecznie za napisanie piosenki

Oczywiście grzebanie w jutubie pewnie przyniosłoby jeszcze wiele intrygujących coverów, ale dziś nie mam na to nastroju, w końcu przyczepiła się jednak ta pierwsza wersja. Coś głupiego, po prostu. 

czwartek, 25 października 2012

Kiedy po raz pierwszy - po okresie tajemnicy, wyczekiwania i plotek - usłyszałem kilka tygodni temu w radio pełną wersję tej piosenki, stwierdziłem, że czuję się rozczarowany mniejszą siłą niż się spodziewałem, i jakimś takim ogólnym przygaszeniem Adele, wręcz pomyślałem, że coś z gardłem miała przy nagrywaniu, albo może oszczędzała się z racji ciąży. Podobne odczucia mieli znajomi na fejsie, którzy komentowali, że nie przyłożyła się do nagrania. 

Słucham jednak tej piosenki raz za razem i widzę (zobaczyłem już dawno, dla ścisłości), że pierwsze wrażenie było ciut mylące, a nawet może niesprawiedliwe, pewnie od tych oczekiwań. Zaczyna się przy użyciu skromnego, niemal dyskretnego instrumentarium, przez co spokojny głos Adele w niespiesznej partii daje uczucie niedosytu. Dopiero w partii refrenu pojawia się orkiestra z prawdziwego zdarzenia, i tak utwór nabiera siły (chórki, smyczki, dęciaki itp.). Nabiera jej utwór, a zarazem wokal nie wzmacnia się ponad miarę. Tak, Adele nie użyła das ganze Pulver (określenie pożyczone od Irvinga), nie pobawiła się zakresem głosu jak w "Set fire to the rain" czy "Rolling in the deep", ale słuchając uważnie zaczynamy rozumieć dlaczego. Znając jej możliwości wiemy, że bez trudu mogłaby tę piosenkę zdominować. Dzięki temu, że się wstrzymuje, całość nabiera harmonii, wokal staje się jednym z wielu współgrających ze sobą elementów. 

Bond potrafi działać samodzielnie, ale wiele razy sukces zawdzięcza wsparciu jednostek lub całych zespołów. Adele gra tym razem zespołowo, i dziury w niebie od tego nie będzie. Let the Skyfall, zostały 4 godziny plus jakieś 12 minut i reklamy.

PS Uśmiech dla tych, którzy skojarzyli tytuł. 

sobota, 13 października 2012

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem teledysk do tej piosenki (dzięki, o Youtube, w takich chwilach rozumiem po co istniejesz), zaliczyłem solidny opad szczęki. Udało mi się ją (szczękę, nie piosenkę) doprowadzić do normalnej pozycji, mózg też (nadmiar endorfin na dłuższą metę nie jest wskazany), wylądowała w zakamarku "ciekawostki".

Wczoraj.. usłyszałem ją w radio, ale właściwie nie tę samą wersję, tylko cover. Osoba, która zapodawała, przytoczyła piosenkę jako "muzykę młodości". I tu znów zaliczyłem dziwny efekt - bo rozumiem, że można ten kawałek traktować jako szalony wygłup, ale upajać się jej coverami? Toż to sprzeczne z jej istotą!

Ale niech sobie każde pokolenie ma swoje ideały. Dzięki temu inne pokolenia zaczynają poszukiwania i znajdują różne dziwne a atrakcyjne rzeczy (nie będę tu przytaczał wszystkiego co wylądowało dziś na Facebooku). A teraz, jako że po słonecznej sobocie klimat do radosnego wygłupu jak znalazł - let's go party! (skoro już mnie i tak od wczoraj trzyma). 

poniedziałek, 17 września 2012

Droga, jaką ten dzisiejszy kawałek do mnie powrócił, była wyjątkowo pokrętna: znajomy wrzucił na fejsie uroczy cover czegoś zupełnie innego (który zrzucił mnie ze stołka), rzuciłem się na parodystę z wielkim zapałem, i wśród pokładów piękna znalazłem także i tę wersję

A potem uświadomiłem sobie, że całkiem dawno nie słuchałem oryginału, a mam z nim same dobre wspomnienia (acz wyłącznie muzyczne). Pamiętam, że zawsze zwracała moją uwagę intrygująca fraza "Somebody told me/That you had a boyfriend/That looked like a girlfriend/I had in February of last year". Dołóżmy do tego umiejętne operowanie rytmem, który - jak już wiadomo - potrafi ze mną zrobić wiele, a tu zwłaszcza w sekcji refrenu daje kopa z siłą wodospadu. Wystarczy, żeby się człowieka trzymało niczym kleszcz.

I pomyśleć, że to był debiutancki singel Killersów. 

środa, 06 czerwca 2012

Nie, to nie o mnie, to cytat z mojego ulubionego filmu (jednego z). Pożyczone od tamtejszego niepozornego bohatera, który z jedenastoletniej miłości zostaje w dni kilka perkusistą. Ten napis miał na drzwiach pokoju, w którym ćwiczył kosztem czasu wolnego, diety i wszystkiego innego (w słusznym celu i z dobrym skutkiem, że taki niby-spoiler puszczę). 

love actually sam drums

Sam nigdy perkusistą nie zostałem ani poważnie nie chciałem zostać (moje poczucie rytmu jest umowne), ale pewnie nie jestem jedyny, któremu perkusja potrafi dać kopa i sprawić, że piosenka prawie z niczego sprawia, że trzyma się i odczepić nie chce. Ostatnio mam tak z Last Shadow Puppets i ich "The Age of the Understatement", jest tam wiele fajnych drobiazgów, ale mam wrażenie że głównie na perkusji się to trzyma. 

Podobnież jest z rytmem w staropolskim sztandarowym kawałku lat 80-tych końca ubiegłego tysiąclecia. Kiedy zaczyna stukać, przestaję słyszeć tekst, nie przeszkadza mi brak talentu wokalnego czy wszelkie inne niedostatki. Gdyby nie ten rytm, o Wieży radości, wieży samotności zapomniałbym w jakieś 3 sekundy, a tak nawet umieszczam jako kandydata do Topu Wszech Czasów

Oczywiście, można by tu nawyciągać masę rozmaitych popisów bębniarzy, Youtube aż od tego kipi. Uzupełnię jednak ten wpis o kawałek, w którym rytm nie odgrywa może takiej roli dla całości, bo kawałek wolny jest aż do snujowatości - ale zapadł mi w pamięć, bo na dłuuugiej kasecie pełnej wolnych, snujowatych i słodkich kawałków, ten był ciut szorstki i nagle znienacka po uszach przywalił (na samo zakończenie kasety). I choć Phil Collins też niejeden miał lepszy odjazd na bębnach, to tu właśnie od 3:45 ogrzewa mnie równo. 

czwartek, 03 maja 2012

Ta piosenka napada mnie zwykle raz do roku na chwilę. Powstała w czasach, kiedy Anita Lipnicka jako nastolatka jeszcze kręciła (zawodowo) z Robertem Jansonem w pozycji supergwiazdy i generowała adekwatne do tej sytuacji piosenki. Płyta Elf nigdy mi szczególnie nie podchodziła, choć oczywiście były na niej miłe akcenty i ten między innymi jakoś zapadł w pamięć. Właśnie akcent, bo nie cała piosenka:

wieczorem dasz mi garść dusznego bzu

Nieważne, co kto kogo i jak w piosence. Co roku przychodzi czas rozkwitania bzu właśnie. Czy wsadzony do wazonu, czy jeszcze na drzewie, przytłacza swoim ciężkim zapachem. Bez którego nie ma wiosny. 

Posłuchajcie, a ja idę ogołocić parę krzaków w różnych kolorach (dzięki czemu nie usłyszę całości). 

PS Może są inne piosenki na temat bzu, ale mi się nie kojarzą.

(993)

niedziela, 26 lutego 2012

I Ty tu jesteś, Ty o rękach 
Co tak gotycki mają rys 

Ze piosenkami Stanisława Staszewskiego spotkałem się po raz pierwszy na płycie - wróć, na kasecie - Jacka Kaczmarskiego, byli tam wtedy Inżynierowie z petrobudowy oraz legendarne później Celina i Baranek. Później, czyli kiedy piosenki Staszewskiego nagrał Staszewski z zespołem. Z płyty (sam nie pamiętam, czy to jeszcze kaseta, już płyta czy może jedno i drugie) zwłaszcza utkwiło mi zaraz w pamięci właśnie to nagranie. Bo któż oparłby się pięknie takiej frazy?

Cóż, że dla niego zdejmie stanik 
Ja mam swój cios on tylko sklep 

Staszewski dorobił się już post factum etykietki barda (tym bardziej nośnej, że za życia jakże zapomnianego). Bardów cenimy oczywiście za teksty i nonkonformistyczną podstawę, ale - jak już kiedyś pisałem - tym silniej działa piosenka, im lepiej do niej dopasowana jest zręczna melodia. W wersji oryginalnej aranżacja jest do bólu uboga, iście bardowska, lecz sama melodia zgrabna i paryską nutą brzmiąca. Dziś już to utwór niemal rodzinny, bo w powszechnej świadomości istnieje w wersji synowskiej, z dopisaną całą warstwą instrumentalną, wydobywającą z pieśni głębie i smaczki.

Że z tylu różnych dróg przez życie 
Każdy ma prawo wybrać źle

Ta warstwa instrumentalna robi się na tyle urocza, że może istnieć jako samoistny utwór, ja mam sentyment do tego amatorskiego wykonania. Syntezy i tak dokonujemy w zwojach, najlepiej przy czymś dobrze schłodzonym.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6