Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: przyczepiło się niech leci

sobota, 26 lutego 2011

Poruszając się po kuchni popołudniową porą, zacząłem się rozglądać za przygotowanym do konkretnej czynności widelcem, który zgodnie z prawem Murphy'ego postanowił schować się z pola widzenia. Szukając go (nawet jeśli były to głównie gorączkowe poszukiwania w pamięci, gdzie go właściwie ostatni raz widziałem), mruczałem pod nosem różne niepochlebne rzeczy na jego temat, i nagle przybrały one formę:

Widelec! Widelec? tak na mnie wołają
ludzie spoza mego miasta, pewnie oni rację mają
że Widelec! Widelec? to równy gość,
jeśli w to nie wierzysz to... [censored]

Kiedy powtórzyłem to ładnych parę razy, doszedłem do wniosku, że ma to nie mniej sensu i uroku, niż w przypadku oryginalnego sztućca (zamieszczam wersję łagodniejszą, tę bardziej mejnstrimową, bo samo wspomnienie i tak daje do myślenia, dlaczego półtorej dekady temu uważało się to za coś ożywczego, jak na polską scenę muzyczną; wersja full hardcore na YT w linkach).

Widelec znalazł się.

czwartek, 30 grudnia 2010

Sa takie kawałki, które lubimy właściwie nie wiadomo za co. W tym konkretnym przypadku bierze mnie energia, którą całość kipi, i to powiedziałbym taka niezła energia, jakąś rolę odgrywa zapewnie jakość zabawy na syntezatorach (w jakiejś chwili zastanawiałem się czy nie maczał w tym palców Chris Lowe) i młodzieżowe wspomnienia dyskotekowe (odrzucam kategorycznie wszelkie sugestie wizualne, bo teledysk po raz pierwszy widziałem.. wczoraj, jak i tropy filmowe, bo za tym konkretnym filmem, z którym kawałek jest związany, szczególnie nie przepadam).

Znakomicie się ten kawałek nadaje na zimowe imprezy typu sylwestrowego (czy ja już nie wspomniałem dyskotekowości), więc jak znalazł. A jeszcze na dodatek ktoś mi go puścił w radio, w mroźny dzień było jak znalazł.

Taaaak. Głupio, czy nie, jak już zacząłem o nim pisać, to konsekwentnie do końca:) A zatem, lejdis and ge..coś tam: Geri Halliwell, It's raining men (tu sto nieskoordynowanych ruchów). I na rozgrzewkę go!

piątek, 22 października 2010

Drugi dzień z rzędu przerzucam wieczorem drewno na zimę. Można przy tym nieźle zmarznąć (zwłaszcza wczoraj). Po skończonej robocie siadam z wielkim kubkiem gorącej herbaty (bez prądu), rozgrzewam się, a w uszach zaczyna mi ciepło i optymistycznie brzęczeć:

Hey hey I saved the world today
Everybody’s happy now
The bad things gone away
And everybody’s happy now

Może przygotowanie drewna na zimę to jeszcze nie ten kaliber, co uratowanie świata, ale samopoczucie też mam dobre. No to niech Annie Lennox brzęczy.

PS. To chyba znak upływu czasu - w latach młodości niechybnie przyszłoby mi do głowy
"Za oknem plucha, kubek parzy dłonie"..

czwartek, 07 października 2010

To oczywiście żadna nowość:) Właściwie w przypadku Queenów mógłby spokojnie wyciągnąć losowo karteczkę z nazwą utworu, puścić i by się przylepiło (dziś w samochodzie musiałem się szczególnie starać, by nie spowodować zagrożenia przy Innuendo - powinien być ustawowy zakaz puszczania takich kawałków, kiedy akurat muszę prowadzić). Ale Killer Queen drażni mi w mózgu jakiś obszar szczególnie. No nie dziwota:

Dynamite with a laser beam
Guaranteed to blow your mind (Anytime)

Ich pierwszy wielki hit. Jest w nim prawie wszystko, czego po Queenach byśmy się spodziewali: solówki Briana Maya, chórki, zaskakujące pomysły aranżacyjne - no i Freddie bawiący się głosem, jak to tylko On potrafił. Dobra, już dobra - zamiast tego smucenia, jedynie słuszna rzecz, jaką można o tym kawałku powiedzieć: niech grają.

 

sobota, 10 lipca 2010

Trudno się ostatnio funkcjonuje: upał, kanikuła, ogórki, przerwy w mundialu.. Włączam radio w samochodzie, lecą letnie kawałki jeden za drugim i ulatują. A ten - nie chce.

Cierpcie ze mną, Mikiem Oldfieldem i Maggie Reilly. Albo i nie.

Not going to get to France, actually. Choć nie tak kategorycznie żeby nigdy, tylko w dającym się przewidzieć czasie.

piątek, 26 marca 2010

Kiedyś może poświęcę specjalną notkę na zawiłe poszukiwania wspólnego mianownika rozmaitych utworów, które mnie kręcą. Teraz (wciąż jeszcze) nie mam na to nastroju, więc ograniczę się do stwierdzeń bardziej banalnych.

Kawałek będący bohaterem dzisiejszej notki, wydał mi się niezły od pierwszego usłyszenia, lecz dopiero kiedy wsłuchałem się w niego uważnie i spokojnie (nie tylko na zasadzie „coś mi brzęczy przy robocie”, tylko zgodnie z zasadami zen), wciągnął mnie podstępnie i bez reszty. I za każdym przesłuchaniem wciąż urzeka mnie swoimi rozwiązaniami aranżacyjnymi (jak dla mnie znakomicie przemyślanymi i fantastycznie komponującymi się ze sobą). I nie umiem tylko powiedzieć, czy klimat mrocznego dreszczowca, który czasem odczuwam, pochodzi bardziej od przybrudzonego dźwięku gitary, czy od wspomnienia teledysku..

W każdym razie w głowie mi leci:

Bullets are the beauty of the blistering sky
Bullets are the beauty and I don't know why
Bullets are the beauty of the blistering sky
Bullets are the beauty and I don't know why..

A na zen się zasadniczo nie znam, ale kiedyś nawet Chuck Norris stwierdził w jakimś wywiadzie, że trzeba się skupiać tylko na jednej rzeczy w danym momencie, zgodnie z zasadami zen (czyli pisząc tę notkę nie powinienem jednocześnie słuchać Archive). A Chuck Norris, jak wiadomo, zawsze rację ma i słuchać go trzeba.