Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: zmiany klimatyczne

wtorek, 11 grudnia 2018

Trwa nadal szczyt klimatyczny w Katowicach (miasto nawet ogłosiło uruchomienie sieci czujników mierzących jakość powietrza z tej okazji), pełno jest debat, oburzeń i deklaracji, a ja tak sobie siedzę z boku (reperując prymus lub nie), słucham tego wszystkiego, układam jakoś w myślach i stawiam pytania na które nie umiem znaleźć odpowiedzi.

Więc odrzućmy gaz, ropę, a zwłaszcza węgiel, głównie szkody środowiskowe przynoszą (zarówno wskutek spalania, jak i wskutek wydobywania, te ostatnie są potężnie niedoceniane, ale o tym może innym razem). Mam z tym postulatem jeden malutki problem: otóż spalanie paliw kopalnych oprócz zanieczyszczeń i energii wykorzystywanej do napędzania tego i owego, daje nam dodatkowo energię cieplną. I mimo wszelkich myśli o tym, że skoro klimat się i tak ociepla, to za chwilę będziemy mieć palmy nad Wisłą (na razie mamy rozwijającą się winorośl, palmy tylko na katowickim rynku i to wypożyczane na lato z palmiarni) - jednak na naszej szerokości i długości geograficznej należy się z długotrwałym występowaniem niskich temperatur, w tym całych tygodni mrozów (nie wspominając o tym, że rozregulowywanie polarnego jet streamu okazjonalnie wpędza nas w naprawdę solidne mrozy z północy, zamiast lub obok tych przychodzących od czasu do czasu znad Uralu). Jeżeli nie chcemy zamarzać w czterech ścianach, a co najmniej być narażonym na choroby związane z niedogrzanymi mieszkaniami, to musimy mieć sposób na zapewnienie ogrzewania milionom gospodarstw domowych (mniej więcej po połowie w budynkach jednorodzinnych i wielorodzinnych).

Słyszałem argument o pompach ciepła (zapewne w powiązaniu z termomodernizacją). Nie wiem jednak, ile będzie kosztowało ich umieszczenie w milionach domów (nawet jeśli zmusimy pod-mieszczuchów do powrotu do bloków - gdzie nie wiem na ile takie pompy są skuteczne - to i tak zostanie ludność wiejska), zwłaszcza że wymaga to także przebudowy wewnętrznych instalacji, kiedyś koszty szacowano na kilkadziesiąt tysięcy złotych na dom. Nie wiem jakie materiały (zwłaszcza rzadsze) są potrzebne do wytworzenia i eksploatacji takich pomp, ani na ile muszą być one wspierane jakimiś elektrycznymi urządzeniami grzewczymi. Nie wiem jakie są moce produkcyjne producentów i możliwości przerobowe instalatorów. Nie wiem ile łącznie energii będzie potrzeba żeby cały ten system funkcjonował... 

No właśnie, energia. Jeśli wyeliminujemy paliwa kopalne jako źródło energii do ogrzewania i transportu, to odpowiednio musimy zwiększyć dostępną energię z innych źródeł (nie każda miejscowość ma do dyspozycji geotermię). Przydomowe wiatraczki i solary, nawet masowo wytwarzane (z czego i za ile...) i instalowane (jak wyżej), w naszych warunkach przyniosą jedynie częściowe rozwiązanie, także farmy wiatrowe czy solarne (nie jesteśmy Danią ani Hiszpanią), a i tak cały czas zgłasza się problem stabilności dostaw (nawet jeśli będziemy "ciągnąć" prąd gdzieś z odległych krajów). Zostaną chyba tylko elektrownie atomowe, które buduje się raczej długo i kosztownie, a i nie wiem jak tam z dostępnością paliwa do nich (nie wspominając o utylizacji zużytego). 

Chciałbym żeby ktoś przedstawił mi informację, jak się ogrzewa i wprawia w ruch 35-milionowy kraj w strefie klimatu kontynentalnego (bez paliw kopalnych) i ile to musi kosztować. Nie wiem CO można zrobić żeby funkcjonować bez spalania węglowodorów, raczej jestem pesymistą.

środa, 13 grudnia 2017

Stara piosenka głosi, że w Południowej Kalifornii nigdy nie pada (mało kto słucha dość uważnie by dostrzec, że nie pada, lecz leje). Jeśli nie pada, to jest sucho; jeśli jest sucho, to rośnie stopień zagrożenia pożarowego, a wtedy...

W tym roku w Los Angeles w październiku i listopadzie opady były o 94% procent poniżej średniej (powtarzam: 94% poniżej średniej, nie 94% średniej). W efekcie "tradycyjne" październikowe pożary (taki tam mają klimat) przeciągnęły się na cały listopad i niewykluczone, że potrwają nawet do Świąt, ogień zagraża już nawet rezydencjom bogaczy w Bel Air, strażacy bezradnie rozkładają ręce.

Spowodowane przez człowieka zmiany klimatu - bo to one stoją za tą sytuacją - w różnych miejscach mogą się różnie objawiać. W Kalifornii sucho jak wiór, z kolei na wschodnim wybrzeżu mieliśmy w tym roku potężne huragany, niosące ponadnormatywne deszcze zalewające całe połacie. A teraz na dodatek z północy dmucha zimnem, i na Florydzie mamy przymrozki, a w Teksasie opady śniegu, od San Antonio i Austin po Houston.

Chyba nie o take zmiane chodziło.

poniedziałek, 15 marca 2010

Czytam na portalu informację, że wg najnowszych danych rośnie tempo wzrostu stężenia CO2 w atmosferze (co mój mózg niemal podświadomie wiąże z informacją, że styczeń tego roku był jednym z najcieplejszych miesięcy w historii, wg satelitarnych pomiarów troposfery, a luty nie gorzej - szerzej tu). Zerkam na "dyskusję" pod tekstem i  widzę dość jednolity front "za oknem zimno, zaś ekologiczni wyłudzacze". I nagle coś mi zaczyna w duszy grać.

Utwór pisany z zupełnie inną myślą, być może nabiera aktualności (gdyby trzymać się tematu pierwszego akapitu, trzeba byłoby odesłać do filmu "Pojutrze" i ewentualnych podobnych). Napisany na przekór szerokim odczuciom w konkretnej sytuacji społeczno-politycznej, ale w swej wymowie uniwersalny. Bo każdy może powtórzyć:

Muszę taką łódź zbudować
By w niej całe życie zmieścić
Nikt nie wierzy w moje słowa
Wszyscy mają ważne wieści

Jacek Kaczmarski chyba nigdy nie pisał pod publiczkę. Co najwyżej jego piosenki tak oswajano, żeby stawały się tym, czego od nich oczekiwano, dyskretnie przemilczając to, co nie pasuje.

Nie wiem, co przyniesie nam przyszłość, czy potop nadciągnie, susza, czy lodowiec. Ale zagrajmy, mrucząc za innym klasykiem "róbmy swoje"

Budujcie Arkę przed potopem
Krzyczy ten co się przedtem śmiał!

 

piątek, 12 marca 2010

O ile mi coś wiadomo o historii Ziemi i klimatu na Ziemi, znaczącą rolę we wcześniejszych zmianach klimatu odgrywało pojawienie się tu i ówdzie lodowców. Kiedy bowiem śnieg i lód zaczynały tworzyć zwarte białe plamy, zwiększało się albedo ziemskie, czyli zdolność odbijania promieni słonecznych. Im więcej zaś Ziemia promieni słonecznych odbijała, tym lepsze się tworzyły warunki dla rozwoju lodowców i po trosze klimat się dalej ochładzał w mechanizmie samonapędzającym, aż do zlodowaceń (w dużym uproszczeniu, oczywiście).

Dzisiejsze zmiany klimatyczne przebiegają raczej w kierunku odwrotnym. Mnie osobiście (pomijając wszelkie argumenty z badań naukowych, z którymi w szczegółach się nie zapoznam, a gdybym się nawet zapoznał, to i tak nie mam pewności czym bym zrozumiał - tak przynajmniej wnioskuję studiując wypowiedzi na Doskonale Szarem) najmocniej przekonują informacje o tempie cofania się lodowców - czy to w Andach, czy to w Alpach, czy to wreszcie na Grenlandii (przeczytane kiedyś u Crichtona informacje o utrzymywaniu się ich zasięgu były, hmm, nieco selektywne). Zwłaszcza w przypadku lodowców andyjskich (czytałem o tym w National Geographic, polska wersja z sierpnia 2007 nie jest zdaje się dostępna w sieci) topnienie lodowców stale przyspiesza właśnie dlatego, że cofając się, odsłaniają w miejsce białego lodu czarne kamienie, które miast odbijać ciepło, absorbują je i oddając później wzmagają procesy topnienia. Albedo zatem maleje.

Czy to dobrze, czy źle - trudno powiedzieć (są oczywiście naukowe prognozy, ale obarczone na tyle dużą niepewnością, że właściwie nie wiemy, co się zdarzyć może). Wywołuje to we mnie jednak pewien niepokój, i stąd każdą zimową porą z uśmiechem patrzę na padający śnieg - nie mogąc uwolnić się od nachalnej myśli, że dzięki choćby centymetrowej pokrywie śnieżnej, albedo ziemskie choćby minimalnie rośnie, przeciwdziałając w ten sposób (nieprzesadnie, oczywiście) procesom ocieplenia.

Kiedy jednak kilka dni temu zażywając spaceru południowego obserwowałem, jak marcowe słońce pomimo mrozu metodycznie roztapia cienką warstewkę nocnego śniegu, pomyślałem sobie, że taki mały śnieg o tej porze się nie utrzyma. I wtedy myśl błysnęła - a gdyby tak nasz świat bardziej zabielić? Gdyby tak zamiast dachów czerwonych, brązowych i szarych (w niektórych miastach to jedyne akceptowalne kolory dachów w myśl miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego) dachy były białe? Lub przynajmniej z mocno odbijającej, błyszczącej blachy (to już łatwiej spotkać i wykonać)? Wyobrażam sobie widok z lotu ptaka, jak wielkie skupiska domów jaśnieją i błyszczą. Nie, nie mam złudzeń, że zaraz znacząco wpłynęłoby to na poprawę albedo, ale czyż wiele małych kroków nie da w sumie efektu podobnego, jak kilka wielkich kroków? Cóż. Na moim dachu póki co leży brązowa papa, i do wymiany mi się nie pali.. A za oknem tymczasem sypie śnieżek, drobny lecz chyba wcale niekoniecznie ostatni tej zimy. Niech poprawia albedo, póki może.

sobota, 09 stycznia 2010

Aż jęknąłem, kiedy otworzyłem dzisiaj rano drzwi, zbierając się do wyprowadzenia psa. Tam, gdzie wieczorem odgarnąłem kolejne parę cm śniegu, leżała centymetrowa pokrywa lodu, który nazbierał się z padającego w nocy marznącego deszczu. Taka sama skorupa okrywała samochód. Sąsiad z naprzeciwka właśnie zapalił silnik w swoim aucie, żeby je odlodzić przed wyjazdem do pracy; kiedy wróciłem do domu trzy kwadranse później, już kończył:) A ja po raz pierwszy w życiu cieszyłem się, że na drodze do sklepu nie zdążyli odśnieżyć. Nawet jak się zapadałem na parę centymetrów (z uroczym chrzęstochrupnięciem załamującej się pokrywy), to przynajmniej nie groziło mi pośliznięcie. To była lodowica co się zowie, taka prawdziwa, a nie udawana:)

Ale po paru godzinach się ociepliło (choć chyba nawet +1 nie było) i lód sam się zaczął rozpuszczać.

wtorek, 29 grudnia 2009

Napisanie notki na ten temat chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu, a rolę "cyngla" (angielski "trigger" jest dużo bardziej adekwatny, niż jego polski odpowiednik) odegrał ten tekst, w którym znajdujemy następujący cytat:
"zmiany klimatyczne są niebezpieczne dla naszej planety, naszej gospodarki, naszych dzieci i wnuków"

No i właśnie. Czy na pewno? Nie zamierzam tu rozwodzić się nad tym, czy te zmiany faktycznie zachodzą i czy zachodzić będą (przyjmuję zdanie większości naukowców, nie wchodząc w detale). Interesuje mnie tylko określenie, na co w jaki sposób wpłyną, ewentualnie czemu mogą służyć takie czy inne proponowane rozwiązania. Powyższe zdanie nawet nie jest do końca reprezentatywne dla typowej dla problemu retoryki, ponieważ najczęściej - w moim odczuciu - używany jest argument "ekologiczny", czyli "niszczymy naszą Ziemię".

Otóż jest to - cytując śp. ks. Tischnera - g..o prowda. Ziemia liczy sobie parę miliardów lat (kreacjonistów uprzejmie prosimy na swoje blogi), życie na niej  pewnie z połowę tego, przeszło przez najrozmaitsze formy i przypadki, przeżyło rozmaite ciężkie ciosy, powodujące zagładę niemal całkowitą na poziomie zarówno globalnym, jak i lokalnym (vide Krakatau). A mimo to, zawsze sobie jakoś to życie radzi. Ziemia i życie na Niej liczą sobie bowiem czas w zupełnie innej skali, dla której jesteśmy ledwie epizodem. Czym więc będą dla Ziemi przejściowe (a nawet trwałe!) zmiany klimatyczne? Kolejnym epizodem lub epizodzikiem. Bywało na Ziemi i dużo cieplej, i dużo zimniej, i generalnie dużo nieprzyjaźniej (nawet mimo naszych starań).

Tak, jest jeden drobny szczegół: we wcześniejszych epizodach brakowało Czlowieka. Zmiany klimatyczne mogą zaś spowodować, że Człowiekowi będzie się na Ziemi żyło trudniej (bo nawet najczarniejsze wersje nie przewidują, by wskutek zmian klimatycznych ludzkość miała wyginąć).

Komu więc zagraża "globalne ocieplenie"? Nie, nie naszej planecie, Ona go nawet nie zauważy. Życiu też nie, ono najwyżej nieco zmieni swoje oblicze. Gejzerem hipokryzji jest przypisywanie zmianom klimatycznym całego zła w zakresie zmniejszania się bioróżnorodności Ziemi - działalność Człowieka od setek lat tak drastycznie Ziemi szkodzi, że naprawdę trudno bardziej (mój ulubiony cytat: "I ziemia [..] jeśli porównać z tym co dawniej to co dziś, jakby same kości z ciała, które choroba zjadła [...] został tylko chudy szkielet Ziemi"; to nie jest cytat z raportu Greenepeace, to jest cytat z Platona - za A.Trepka, Król tasmańskich stepów, 1980). Jedynym zagrożonym jesteśmy my (a właściwie jakość naszego życia), ale tego nie dałoby się tak ładnie "sprzedać".

Zastanawia przy tym histeria, jaka zaczyna temu towarzyszyć. Po fiasku szczytu w Kopenhadze pisano, że "że za 11 lat emisje gazów muszą być zmniejszone o 30-40 proc. w stosunku do 1990 r. - bo inaczej Ziemi grożą katastrofy na biblijną skalę". Że co? Wszystkie prognozy naukowców polegają na tym, że "w określonych założeniach, przyjmując za prawidłowe modelowanie zdarzeń, prawdopodobieństwo wystąpienia określonych zdarzeń jest o x% wyższe niż w innym przypadku". A tu nagle taki deadline (podczas gdy równie dobrze cokolwiek może się zdarzyć jutro, jak i za 100 lat).  Nieobce jest też uczucie manipulacji - parę dni temu GW opublikowała tekst "ABCO2 globalnego ocieplenia". Na sąsiedniej stronie znajdował się wywiad z pewnym biologiem, który mówiąc o zmianach klimatycznych, wskazywał, że jest to tylko jeden z czynników oddziałujących na przyrodę. No i z jakiegoś dziwnego powodu, kurat ten wywiad nie znalazł się na portalu Gazeta.pl, ani w dziale Biologia, ani w dziale Zmiany klimatu:P (dla zainteresowanych - tutaj znalazłem kopię, pod tekstem Ulanowskiego).

Ba, nawet jak się tak dobrze zastanowić, to nawet i samemu Człowiekowi zmiany klimatyczne niestraszne. Świat taki jaki jest, zdaje się nam taki znajomy, a przecież zmienia się on w zastraszającym tempie. Nasi pradziadkowie patrzyliby na niego zupełnie inaczej, a przecież i 200-300 lat temu, przed eksplozją rewolucji przemysłowej, Człowiek żył w najlepsze tak, jak mu natura zagrała. A dzisiaj okazało się, że kiedy już prawie-prawie ujarzmiliśmy świat, to nagle jego zmienność zaczyna nam przeszkadzać, i za naście-dziesiąt-set lat życie takie, jak dzisiaj może nie być możliwe. Co nawiasem mówiąc zresztą jest zupełnie niezależne od zmian klimatycznych.

Na zakończenie refleksja, która też mnie nachodzi ostatnimi czasy - a co jeżeli globalne ocieplenie jest odpowiedzią Matki Ziemi na nasze istnienie i zachowanie? Strugaccy wymyślili kiedyś Homeostatyczny Wszechświat, który starał się utrudnić zniechęcać naukowcom do odkrywania pewnych tajemnic rzeczywistości. A jeśli Ziemia chce nas do czegoś zniechęcić..?

Ponieważ nie wiem, czy jeszcze będzie mi się chciało coś w tym roku napisać - na wszelkim wypadek już teraz życzę wszystkim: Wesołego, lecz Spokojnego Roku 2010!